Trochę emapatii jeszcze nikogo nie zabiło. O babskiej solidarności i co nam z niej dziś zostało


lifestyle / wtorek, Styczeń 16th, 2018

O babskiej solidarności mówi się wiele. Najwięcej w filmach i serialach, skierowanych właśnie do nas, kobiet.  Zmęczone codzienną walką z przeciwnościami losu, tęsknimy za poczuciem wzajemnego wsparcia. Bo komu, jak nie bratniej kobiecej duszy, powiedzieć o swych problemach z opadniętnym biszkoptem, kurczącą się z roku na rok sukienką, niepokornym potomstwem czy skarpetkami, znaczącymi ślad wędrówki po domu męskiej części rodziny?

Kiedyś było inaczej. Przed erą social mediów i darmowych rozmów telefonicznych, nasze matki i babki kultywowały relacje face to face. Dawało to większe możliwości budowania szczerej przyjaźni, opartej na godzinach wspólnych spacerów i herbatek. Darząc kogoś sympatią, prościej okazywać babską solidarność.

Przy dzisiejszym tempie życia, te babskie realacje trochę podupadły. Łatwiej jest nam kogoś ocenić po zdjęciach umieszczonych w internecie, niż spędzić z kimś kilka godzin na zwykłej rozmowie. Jako pokolenie wychowane w duchu wzajemnej rywlizacji („dostałaś z klasówki czwórkę? A co dostała Ania?”) oraz dobrych manier („widzisz jaka Krysia jest grzeczna? Nie możesz być jak Krysia?”), codziennie widzimy wzajemne potknięcia. Widzimy i często je sobie wytykamy. Wystarczy wejść na pierwsze z brzegu forum internetowe, by zobaczyć przerażąjącą prawdę: wojna już się zaczęła! Nie ważne, czy chodzi o szczepienia, odpieluchowywanie, karmienie piersią czy inne sprawy najwyższej rangi. Liczy się to, że ktoś inny nie ma racji, a czy ja ją mam – to już mniej istotne. W internetowych dyskusjach potrafimy się tak zagalopować i wzajemnie zlinczować, aż doprowadzamy się do palpitacji mięśnia sercowego. W imię czego Drogie Panie, w imię czego?

A gdyby tak pójść w drugą stronę? Zamiast praktykować krytycyzm wobec siebie i innych kobiet, zawiązać sojusz wzajemnego wsparcia? Pomyśl, o ile łatwiej byłoby na codzień, gdybyśmy umiały reaktywować prawdziwą babską soldarność. I nie chodzi mi o bezmyślne poklepywanie się po ramieniu i wykrzykiwanie „no jak on mógł!” przy każdej możliwej okazji, tylko o budujące słowa. Empatię w codziennych rozmowach. Próbę wzajemnego zrozumienia. Odrobinę wyrozumiałości wobec siebie nawzajem.

Zrób to. Spójrz, ile masz wokół siebie kobiet, które mogą potrzebować zwykłego słowa wsparcia. Dobrego czasu, spędzonego przy herbacie i ciastkach, nawet tych najtańszych z supermarketu. Życzliwego, szczerego uśmiechu. Pamiętaj – trochę empatii jeszcze nikogo nie zabiło.

3 Replies to “Trochę emapatii jeszcze nikogo nie zabiło. O babskiej solidarności i co nam z niej dziś zostało”

  1. Mnie bardzo brakuje takiej prawdziwej psiółki. Mam koleżanki, z którymi niby mogę się spotkać, pogadać, ponarzekać, ale nie czuję z nimi prawdziwej więzi… Może prawdziwa przyjaźń dopiero mi się przytrafi…? 😉

    1. Powiem Ci bardzo szczerze i od serca (na ile wirtualne kontakty pozwalają), że nigdy nie wiadomo. Ja moje przyjaciółki nazwałam dopiero tak po kilku latach znajomości. I mimo, że nie zawsze się zgadzamy (to nie jest tak, jak w amerykańskich serialach), czasem długo się nie widzimy, to w chwilach, gdy potrzeba mi wsparcia – wiem, że są. Czasem przyjaźń rodzi się ze zwykłej, niepozornej znajomości. Także nie trać wiary, może ktoś kogo teraz nie podejrzewasz, za jakiś czas okaże się prawdziwym przyjacielem 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *