Dziecko vs restauracja – czy ten plan może się udać?


lifestyle / niedziela, Marzec 5th, 2017

Odwieczny konflikt, który dotyczy zarówno dzietnych, jak i tych za dziećmi nie przepadających. W internetowych dyskusjach lecą iskry, uprawiane są wzajemne skoki do gardeł oraz emocjonujące pojedynki na epitety określające stronę przeciwną. Więc jak to jest z tymi dziećmi w restauracjach? Wypada czy nie?

Okiem rodzica. Dziecko, jako pełnoprawny członek rodziny, ma prawo uczestniczyć w posiłku poza domem. Jednak zdajmy sobie sprawę, że nie każda restauracja czy kawiarnia jest miejscem, które jest przystosowane do dzieci. Chyba że twój dwulatek potrafi siedzieć przez godzinę w miejscu, kulturalnie uczestnicząc w stonowanej rozmowie. Mój nie umiał i nadal nie umie.

Wyjścia są dwa. Po pierwsze: wybieranie miejsc z kącikiem dla dzieci, w którym możemy zabawić naszą latorośl. Jeżeli restauracja reklamuje się posiadaniem takowego, daje nam jasny sygnał, że dziecię może przyjść z nami. Gorzej, jeśli owy kącik to dwie zabawki na skrzyż, bo i takie się zdarzają. Dlatego warto mieć w torebce książeczkę, najlepiej w ilości sztuk kilka, i podstawowe rozeznanie, w które miejsca warto zajrzeć. A jeśli jesteśmy na wyjeździe – warto spytać w hotelu o miejsca przydatne dzieciom. Opcja nr 2 – jedzenie na wynos lub wyjście bez dziecka. Też się sprawdza! 🙂

Okiem nie-rodzica. Też byłabym wytrącona z równowagi, gdyby podczas randki zamiast głosu swojego towarzysza, słyszałabym wisk i pisk, pochodzący z paszczy rozżalonego dwulatka. Szczególnie gdy pora już wieczorowa, dziecko zmęczone i marudne, a rodzice niezbyt przejęci całą sytuacją. Ba, może nawet zwróciłabym im uwagę – o ile dziecię nie przebywa w kąciku mu przeznaczonym. Więc jeśli za istnieniami poniżej 15 roku życia nie przepadam, wybieram resturacje owego kącika pozbawione.

Bo nie wszyscy muszą wiedzieć, że pracuję jako nauczyciel – całe moje wielkie serce i okrągły tydzień pracy wypełniony jest słodziutkimi dziećmi. Może mam problem, o którym chciałam porozmawiać z przyjaciółką, a zebranie myśli w duchu zabawy w berka między stolikami graniczy z cudem. A może mój towarzysz ma plan, ukryty razem z pierścionkiem w kieszeni marynarki i zaraz wypowie zdanie, które na zawsze odmieni moje życie? A potem dostanie po twarzy kawałkiem przeżutego kotleta, wystrzelonym z katapulty krzesełka dziecięcego…

Tak więc równowaga w przyrodzie musi zostać zachowana, a każdy kij ma dwa końce. Zarówna jedna i druga strona ma swoje argumenty. Dziecko trzeba uspołeczniać, ale nie kosztem innych. Uczyć dobrych manier i zachowania przy stole, ale adekwatnie do wieku. Umieć krytykować i przyjmować krytykę. A do tego dodać trochę empatii międzyludzkiej. Może jestem idealistką, ale wierzę, że uda znaleźć się kompromis.

Wszystkie moje wpisy powstają z zaangażowaniem i chęcią, dlatego jeśli spodobał Ci się ten post, byłoby mi niezmiernie miło gdybyś zostawił/a ślad swojej obecności w komentarzu lub udostępnił/a go innym, za co z góry dziękuję!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *